11/25/2013

Iron Man vs pasta do zębów - Chen (EXO)

Bohaterowie: Chen/Jongdae, OC
Rodzaj: oneshot, fluff, scenariusz
Uwagi: brak ogólnego sensu/fabuły/jakkolwiek to nazwać


_____________


Dzień, od samego początku zapowiadał się niezmiernie ponuro. Już przed południem, ponure chmury przysłoniły ponure niebo, przyprawiając ludzi spacerujących szarym i równie ponurym chodnikiem, o tak samo ponury nastrój. Nawet drzewa przybrały osobliwie ponurą barwę, przez co w zazwyczaj kolorowym i wręcz przeludnionym parku, nie było dziś widać żywej duszy.
    Mimo szarej rzeczywistości, postanowiła się jednak nie poddawać temu wszechogarniającemu przygnębieniu. Dlatego z słuchawkami w uszach i delikatnym uśmiechem na twarzy, przemierzała ulice Seulu dzielnie stawiając czoła wszystkim tym  ponurym sygnałom, jakimi bombardowało ją środowisko. Nawet przeraźliwy grzmot, czy błyskawica, złowrogo przecinająca ciemne niebo, nie była w stanie pozbawić ją dobrego humoru. Bo przecież jak mogłaby poddać się temu nostalgicznemu nastrojowi, kiedy właśnie zmierzała na tak ważne i długo wyczekiwane spotkanie? Spotkanie, gdzie na samą myśl o nim, czuła jak w jej brzuchu stado niezidentyfikowanych, latających stworzeń zrywa się do lotu i przyprawia o zawrót głowy? Nie. Z pewnością nie pozwoli, by mimo wszelkich ostrzeżeń matki natury, ten dzień był posępny, szary, ani tym bardziej nieudany. A żadna anomalia pogodowa, nawet jeśli jest nią burza której od dziecka się bała, nie może zwiastować nieszczęścia.
Ale…
Czy na pewno?

***

Jednostajny stukot kropli deszczu odbijających się o parapet, powoli zaczynał działać niczym dobry środek nasenny. Leżąc na sofie, nad sobą trzymał czwarty już dziś, tom całkiem niedawno zakupionej mangi i ostatkiem sił próbował nie przymknąć okropnie ciężkich powiek. Pech chciał, że ani pogoda za oknem, ani nawet lektura, którą tak lubił, nie były chętne by mu w tym pomóc. Deszcz lał już od dobrych kilku godzin, a jak do tej pory wartka akcja komiksu  nagle zaczęła diametralnie spowalniać, dodatkowo potęgując panującą już i tak od dłuższego czasu, leniwą atmosferę domu.
    W pewnej chwili, kiedy dłonie powoli straciły siły, wypuszczając niewielką książkę na twarz, a on sam był tuż na skraju przeniesienia się do krainy Morfeusza, cały ten senny nastrój został brutalnie przerwany dźwiękiem dzwonka. Wyrwany z monotonnej ciszy jaka do tej pory go otaczała, zerwał się do siadu, przy okazji zrzucając z siebie wcześniej czytany tom.
- Młody, weź rusz tyłek i otwórz! – usłyszał z piętra, kiedy drażniący sygnał znów rozniósł się po pokoju.
Niechętnie wstał z sofy i nadal lekko zdezorientowany, ruszył do drzwi. Przez całą drogę do holu zastanawiał się, kto był aż tak zdesperowany żeby wyjść z domu w taką pogodę, a co ciekawsze – złożyć niezapowiedzianą wizytę akurat jemu.
    Rodzice wyszli na firmowe przyjęcie ojca, więc był pewny, że wrócą nie wcześniej niż po pierwszej w nocy. Wpadł mu do głowy pomysł, że może umówił się z którymś z tych idiotów i po prostu o tym zapomniał, ale szybko odrzucił tą myśl, bo przecież widzieli się zaledwie wczoraj. Jeżeli oczywiście imprezę, z której wracał o czwartej nad ranem mógł nazwać dniem wczorajszym. Ale nie to teraz było najważniejsze.
    Gdy w końcu doczłapał się do drzwi z małym potknięciem o wycieraczkę, powoli nacisnął klamkę. Zaskrzypiała nieprzyjemnie, a gdy wychylił głowę na zewnątrz zobaczył coś, co przerosło wszelkie jego oczekiwania.
- Lucy? – zapytał niepewnie, szerzej otwierając drzwi.
- Mogę wejść? – odparła słabo, z pochyloną nisko głową.
- Tak… Jasne, wchodź.
Przesunął się w bok, by mogła swobodnie wejść do środka. Jak tylko znalazła się w holu, zaraz zatrzasnął zamek, nie pozwalając by zimne podmuchy wiatru dostały się do mieszkania.
  Odwrócił się od drzwi i z przerażeniem zauważył, w jak opłakanym stanie była jego przyjaciółka. Słowo przemoczona, ani trochę nie oddawało stanu w jakim się znajdowała. Wyglądała, jakby w kompletnym ubraniu i butach weszła pod prysznic albo basenu pełnego lodowatej wręcz wody. Kilka mokrych kosmyków przykleiło się do jej zaróżowionych policzków, a dolna warga drżała z zimna. Jednak było jeszcze coś. Coś zupełnie innego, co uderzyło go najbardziej. Płakała.
- Cholera, Lucy! Cała się trzęsiesz! – złapał ją za ramiona, jednocześnie próbując zdjąć z niej kurtkę, która przez wsiąkniętą wodę ważyła co najmniej trzy kilo więcej niż powinna.
    Kiedy uporał się z tą częścią garderoby, zaraz zaprowadził ją do łazienki. W międzyczasie, sprintem pokonał schody na piętro, skąd ze swojego pokoju przyniósł suchą koszulkę i spodnie.
- Masz. – podał jej ubranie – Weź ciepły prysznic i przebierz się. Będę czekać w salonie.
W odpowiedzi dostał tylko ledwo zauważalne kiwnięcie głową.

***

Czajnik zagwizdał ostrzegawczo, informując, że woda jest gotowa do picia. Szybko wyłączył gaz i zalał wrzątkiem wcześniej przygotowaną herbatę. Pełne kubki podniósł ostrożnie i powoli, żeby nie poparzyć sobie żadnej z części ciała, przeniósł je do salonu.
   Niestety był tak zaaferowany pojawieniem się niespodziewanego gościa, że wychodząc z pokoju zupełnie zapomniał o bałaganie, jaki tam zostawił. Nie miał czasu na sprzątanie, więc po prostu pozbierał walające się po kanapie, stole i dywanie książki, rzucając je do pierwszej lepszej szafki, z nadzieją, że mama akurat do niej nie zajrzy. Zamykając drzwiczki mebla, przypomniał sobie o drżącej z zimna Lucy, dlatego kucnął jeszcze przy jednej z szuflad skąd wyjął najmilszy i najcieplejszy polarowy koc, jaki miał w domu. Zadowolony ze swojego pomysłu, wrócił na miejsce. Nim jednak zdążył z powrotem usiąść, usłyszał dźwięk zamykanych drzwi, a kilka sekund później, w salonie pojawiła się średniego wzrostu brunetka.
   Omiótł ją wzrokiem od dołu do góry. Ciemne spodnie z przydługimi nogawkami  przysłaniały jej bose stopy, a rozciągnięta koszulka z mocno wytartym już nadrukiem, miała na sobie kilka mokrych plam, pozostawionych zapewne przez lekko wilgotne włosy. Może strój i nie był idealny, niemniej jednak, na pewno wygodniejszy od jej własnych ubrań i przede wszystkim – suchy. Dlatego, pierwszy raz naprawdę ucieszył się w duchu, że nie pozwolił mamie wyrzucić swoich starych dresów.
Poza tym, dla niego nadal wyglądała ślicznie.
   Gestem ręki kazał jej zająć miejsce obok siebie. Usiadła bez słowa, by za chwilę poczuć jak nakrywa jej ramiona kocem a pod nos podsuwa nadal parujący napój. Mimowolnie się uśmiechnęła, kiedy kubek przypominający lukrowaną babeczkę okazał się być tym, który dała chłopakowi na dziewiętnaste urodziny. Pamiętała jakby to było wczoraj. Oburzoną i zarazem uroczą minę Chena, gdy zobaczył swój prezent, jego narzekania, że jest zbyt męski na tak słodkie rzeczy oraz gromki śmiech i żarty chłopców na każdym kolejnym spotkaniu, jakie odbywały się u niego w domu. Po takich wizytach wiele razy groził Lucy, że zbije kubek przy pierwszej lepszej nadarzającej się okazji, bo to podobno „coraz bardziej kompromituje go  przed znajomymi”.
   I co? Od tego czasu minęły dwa długie lata, a kubek-babeczka był bez najmniejszego nawet pęknięcia, czy zadrapania i mimo wrogości jaką darzył go właściciel, miał się nadzwyczaj dobrze.
   Piła bardzo powoli i z uwagą, by czasem nie poparzyć sobie języka albo podniebienia. Sączyła łyk za łykiem, z każdym kolejnym ociągając się coraz bardziej. Jego herbata już dawno zniknęła z naczynia, kiedy ona dotarła dopiero do połowy. To nie tak, że nie był  świadomy celu jej powolnego działania. Wręcz przeciwnie. Znali się na tyle długo, że wiedział, kiedy Lucy ma ochotę na głupie żarty, wypad na zakupy, ponarzekać na rodziców i szkołę, czy o pierwszej w nocy iść na drugi koniec miasta, po jej ulubioną czekoladę z orzechami. Wiedział też, jak ciężko przychodzi jej wyrażanie uczuć słowami i jak bardzo nie lubi, gdy ktoś zadaje zbyt wiele pytań, bo to jedynie ją denerwuje i wtedy obraża się na każdą, choćby najmniejszą napotkaną istotę żywą, jak i martwą. Tak, Jongdae świetnie zdawał sobie z tego sprawę, dlatego odkąd pojawiła się w progu jego domu nie zapytał zupełnie o nic, tylko czekał. Czekał, aż sama będzie w stanie powiedzieć mu o wszystkim, co leżało jej na sercu.
   Przez długą chwilę wpatrywała się w mleczno-białe dno, jakby to w jakiś magiczny sposób miało sprawić, że kubek znów będzie pełny. Niestety na darmo były wszelkie starania, bo w końcu i jej herbata musiała się kiedyś skończyć. Odstawiła więc kubek na stół, po czym szczelniej okryła się kocem.
- To on… - wyszeptała, czując jak łzy znów napływają jej do oczu.
- Słucham?
   Z początku myślał, że się przesłyszał. Tak długo siedzieli w ciszy przerywanej jedynie szumem deszczu za oknem, że kiedy rzeczywiście usłyszał jej głos był prawie pewny, że to wyobraźnia płata mu figle.
   Bała się. Naprawdę strasznie się bała powiedzieć więcej, a z drugiej strony wiedziała, że to jedno słowo i tak jest w stanie zastąpić dziesiątki niewypowiedzianych zdań.
- Min… Minwoo. – zająknęła się.
    Jongdae momentalnie zesztywniał. Dźwięk tego imienia budził w nim najgorsze z możliwych emocji, jakie istniały na tym świcie. Przymknął powieki biorąc głęboki oddech a dłonie mimowolnie zacisnął w pięści.
- Jeżeli ten dupek znów ci coś zrobił… - wysyczał przez zaciśnięte zęby, ledwo panując nad sobą - To przyrzekam…
- Nie. – zaprzeczyła szybko, ale dopiero po chwili dotarło do niej jak ogromny błąd popełniła.
- Nie? – prychnął – Lucy, spójrz na siebie!
- To wcale nie…
- Nie jego wina. Oczywiście, że nie jego. – dokończył z sarkazmem, słysząc po raz setny ten sam argument, który ostatnimi czasy coraz skuteczniej doprowadzał go do szału – To wcale nie jego wina, że byłaś przemoczona, że marzłaś, że jesteś na skraju wyczerpania…
- Jongdae, proszę. – wyszeptała z bólem w głosie, ale jego to nie obchodziło. Już nie.
- To, że płaczesz to oczywiście też nie jego wina! – zerwał się z sofy, ze złością uderzając w drewniany blat stołu.
   Nie miał już siły słuchać. Nienawidził tego imienia. Nienawidził osoby, która je nosiła  odkąd tylko pamiętał. Jego wyniosłego głosu, zimnego spojrzenia, nieskazitelnie ułożonej fryzury, wypastowanych butów i zbyt pewnego siebie charakteru. Szczerze nienawidził każdej istniejącej rzeczy na tym świecie, jaka była z nim związana, nie ważne czy była martwa, czy żywa. A mimo to było coś, za co nienawidził go nieporównywalnie bardziej i nie był w stanie mu tego wybaczyć. Nigdy.
- Dobrze! - krzyknęła, na co drgnął, ale na nią nie spojrzał – To jego wina! Deszcz, to że tu jestem, że mam dosyć, że płaczę! Rozumiesz? Wszystko! To wszystko jego cholerna wina! – ostatnie słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
   Nie chciała płakać. Nie w jego obecności. Skuliła się, próbując schować twarz pod za długą grzywką, jednak było już za późno. Nim zdołała zaprzeczyć samej sobie, łzy bez pozwolenia potoczyły się po jej policzkach.
   A Chen? W jednej chwili cała wściekłość i wewnętrzna chęć mordu, jak gdyby z niego wyparowała, a jej miejsce szybko zastąpiło to potwornie irytujące poczucie winy. Westchnął ciężko, klnąc w myślach na siebie i swój czasem zbyt porywczy charakter, którego w takich chwilach szczególnie nienawidził. Pomału rozluźnił wciąż zaciśnięte dłonie, dając pobielałym knykciom trochę wytchnienia i bez słowa przytulił szlochającą dziewczynę.
- Już, spokojnie. Jestem tutaj. – wyszeptał jej wprost do ucha, najłagodniej jak tylko potrafił.
   I właśnie wtedy poczuł jak drobne, drżące dłonie, nieporadnie wydostają się spod materiału i równie niezdarnie próbują opleść go w talii. Na ten mimo, że niespodziewany gest jego ciało zareagowało niemal automatycznie. Bez zastanowienia nad tym, co tak właściwie robi i czy to aby słuszne, usadził ją na swoich kolanach, by już po chwili palcami delikatnie przeczesywać jej miękkie, pachnące szamponem czekoladowym włosy.
   Nie miał pojęcia jak długo tak siedzieli. Nie wiedział też, w którym momencie zaczął nucić kołysankę, którą śpiewała mu mama w dzieciństwie, ani kiedy Lucy w końcu przestała płakać, a jej oddech stał się płytki i równomierny. I jeśli miał być szczery ze światem, nie obchodziło go to w najmniejszym nawet stopniu.
Najważniejsze było, że miał ją przy sobie.

***

Jak przez mgłę usłyszał fragment piosenki Sistar, Give it to me, którą całkiem niedawno ustawił sobie na dzwonek. Z początku nie zamierzał odbierać. Z nadzieją, że osoba po drugiej stronie dość szybko da sobie spokój, przerzucił głowę na drugi bok i zakrył twarz poduszką. Ku jego niezadowoleniu, dzwoniący widać nie miał litości, bo telefon wciąż wydawał z siebie irytujące odgłosy i ani myślał zamilknąć, więc nie pozostało mu nic innego, jak odebrać połączenie.
    Nawet nie otwierając oczu, dłonią odszukał to szatańskie urządzenie i przejechał kciukiem po ekranie.
- Czego? – wychrypiał do słuchawki, mając głęboko w poważaniu kim jest ta podła osoba, która raczyła go obudzić.
- Aigoo~ To tak się wita z najlepszymi przyjaciółmi? – zapytał z rozbawieniem niski głos po drugiej stronie.
Minęła długa chwila, zanim jego mózg zdążył przyswoić informację z kim rozmawia. Kiedy w końcu dotarło do niego, że był to nie kto inny jak Chanyeol, odparł równie przyjemnie jak poprzednio:
- Możesz być nawet brytyjską królową, a i tak cię nienawidzę.
- Och, jak możesz? – oburzył się chłopak, lecz mimo wszystko było słychać, że w przeciwieństwie do Jongdae, niezmiernie go ta sytuacja bawi - Czyżby kac trzymał cię drugi dzień z rzędu, że tak od razu ranisz moje uczucia?
Chen przetarł zaspane oczy, czując jak gdzieś w środku wzbiera w nim nieodparta ochota przywalenia temu olbrzymowi. Postanowił jednak przemilczeć jego ostatnie pytanie.
- Trzeba było, kretyni, nie dzwonić o tak kurewskiej godzi… Ach~ – niezamierzone jęknięcie wyrwało się z jego ust, kiedy tylko spróbował się przeciągnąć. Pożałował tego natychmiast po tym, jak nieznośny ból przeszył jego plecy od samej szyi, przez całą długość kręgosłupa, na kości ogonowej kończąc. Wyprostował też nogi, ale tam znowu nie poczuł zupełnie nic, prócz miarowego mrowienia to w jednej, to w drugiej kończynie w zależności, którą akurat ruszył. Wrócił więc do mniej bolesnej pozycji w jakiej tkwił na początku, w myślach notując sobie, żeby już nigdy nie spać w salonie.
Oczywiście, jęk Chena nie umknął uwadze jego rozmówcy.
- Wiesz co Jongdae? Po twoich odgłosach zaczynam się zastanawiać, czy czasem ci w czymś nie przerwałem. – Park, jak widać dalej świetnie się bawił kosztem cierpień przyjaciela - I tak dla twojej wiadomości, jest już druga po południu.
- Nie ważne. Do rzeczy, Chanyeol. – przerwał mu, pragnąc skończyć tą donikąd prowadzącą rozmowę, jak najszybciej iść do łazienki i wziąć gorący prysznic, co by rozluźnić napięte i obolałe mięśnie.
  Niestety Park ani trochę mu tego nie ułatwiał, bo nie odpowiedział od razu. A przynajmniej nie jemu, bo Jongdae zaraz po swoich słowach miał wrażenie, że gdzieś z oddali słyszy wołanie Baekhyuna i potem wrzask Chanyeola, który swoją drogą, do najmilszych nie należał.
- Dobra. – Yeol łaskawie przypomniał sobie o istnieniu przyjaciela – Widzę, że Śpiąca Królewna wstała lewą nogą i kompletnie zapomniała co dzisiaj za dzień. Dlatego brytyjska królowa dzwoni poinformować, że jeżeli nie zwleczesz swojego tyłka z miejsca, w którym aktualnie leżysz i nie zjawisz się tu, najdalej, za pół godziny, to możesz pożegnać się z vipowskimi… – na to słowo położył największy nacisk - …wejściówkami, spoczywającymi w mojej dłoni.
Chen zamrugał kilka razy zanim dotarło do niego, co tak właściwie usłyszał. Ostatecznie, gdy przypomniał sobie o jakich wejściówkach mówił Park, usiadł tak gwałtownie, że o mało co  obudziłby śpiącą na jego kolanach Lucy.
- Załatwiłeś je? Jakim cudem…?
- Wiesz, ma się ten wewnętrzny urok. – Jongdae wywrócił z dezaprobatą oczami, a Yeol jakby wyczuwając jego reakcję, dodał – Okej. Junmyeon miał w tym trochę swojego udziału, ale i tak w większości możesz dziękować mnie. - Tak. Cały Chanyeol.
   Bezwiednie gapiąc się w jeden punkt na suficie, zachodził w głowę co takiego zrobił Park i ile musiał zapłacić by je zdobyć. W szczególności, że wszystkie bilety były wyprzedane dobre trzy miesiące przed premierą. Nie wspominając już o tym, że były to miejsca dla vipów, czego Chen nawet nie mógł sobie wyobrazić. Nadal nie do końca dowierzając własnemu szczęściu,   uśmiechnął się głupkowato do białego sufitu. Z zamyślenia wyrwało go dopiero pytanie Chanyeola:
- To jak? Będziesz, czy śpisz dalej?
   Nawet jakby bardzo się starał, był pewny, że teraz nie zmrużyłby już oka i gdyby mógł  pobiegł by tam od razu. Ba! Teleportowałby się w tej samej chwili, kiedy Chanyeol w ogóle wspomniał o wejściówkach, mając głęboko gdzieś, że jest kompletnie roztargany, w znoszonych ciuchach i bez skarpetek.
Oczywiście, gdyby mógł.
   Spojrzał na swoje kolana, gdzie nadal spokojnie leżała Lucy. Odgarnął włosy opadające na twarz dziewczyny, uważnie się jej przyglądając. Na całe szczęście nie była już blada ani mokra, a jedynym śladem jaki mógł świadczyć o wczorajszym wydarzeniu były szare worki pod oczami. Pozostałość po kilku przepłakanych godzinach, o których oboje z pewnością będą chcieli szybko zapomnieć.
Pogładził jej policzek zagryzając przy tym dolną wargę.
- Nie mogę. – wydusił w końcu, mając wrażenie jakby część jego duszy właśnie uleciała gdzieś daleko i nigdy nie zamierzała wrócić.
Park nie zareagował od razu. Zapewne spodziewał się zupełnie innej odpowiedzi, bo zaraz roześmiał się w głos.
- Bardzo śmieszne, Jongdae~ A teraz koniec trollowania i chcę widzieć twoje cztery litery przed kinem za piętnaście minut.
- Nie mogę. – powtórzył bardziej stanowczo i trochę głośniej niż zamierzał.
- Okej. – westchnął Yeol – Nie sądziłem, że jesteś aż tak leniwy, ale nie ma sprawy. Zaraz powiem Suho żeby po ciebie pojechał…
- Cholera, Chanyeol. Której części zdania „Nie mogę”, nie rozumiesz? A może mam ci przeliterować? Zaśpiewać? Co tylko chcesz! – zirytowany nachalnością przyjaciela  przeczesał dłonią potargane włosy.
- Och… - westchnął wielce zdziwiony Park – To ty tak na serio? Dobra, zwariowałeś, zrozumiałem. Tylko co ja niby mam teraz zrobić z czwartym biletem?
- Nie wiem. – Lucy drgnęła, dlatego zaraz ściszył głos - Zadzwoń do Sehuna, zawsze chciał zobaczyć Mirandę Kerr, a podobno ma tam być, prawda? – naprawdę, ale to naprawdę nie sądził, że kiedyś to powie i jak bardzo bolesne będzie to dla niego samego.
- Tak, ma być. – przyznał Chanyeol i zamilkł, jednak nie na długo – I Robert Downey Jr... I Gwyneth Paltrow… I ty serio oszalałeś.
- Yeol, błagam. Nie pogrążaj mnie jeszcze bardziej niż sam to właśnie robię. – wysyczał ledwo słyszalnie, bo tym razem Lucy przekręciła się na drugi bok.
- Wybacz. Po prostu nie mogę się nadziwić jak wielkim kretynem jesteś.
Ja też nie przemknęło mu przez myśl, ale nigdy w życiu nie odważyłby się powiedzieć tego na głos. Chciał iść. Cała czwórka marzyła o tym odkąd w ogóle dowiedzieli się, że na premierze Iron Mana w Korei ma zagościć jego główny bohater oraz kilka innych gwiazd. Ale przecież nie mógł od tak sobie wyjść i zostawić Lucy samą. Zwłaszcza po wydarzeniach z dnia wczorajszego.
Od bardzo dawna nie był tak okropnie rozdarty, jak w tej chwili.
- Coś jeszcze? – zapytał, kompletnie wykończony całą to rozmową.
- Nie, ale dam ci już spokój. – odparł wspaniałomyślnie Park.
- Dziękuję.
- Jakby przypadkiem twój mózg wrócił na swoje miejsce, to dzwoń. – dodał jeszcze Chan - A teraz pozwolisz, że się rozłączę i przekażę Baekhyunowi i Suho o twojej chorobie psy...
- Też cię kocham, Chanyeol. – przerwał mając już dość wysłuchiwania o swojej domniemanej niepełnosprawności umysłowej i zanim tamten zdołał dokończyć, czy w ogóle się pożegnać, rzucił telefon na stół.
   Nie miał pojęcia kiedy dokładnie to się stało, ale z radością stwierdził, że ból kręgosłupa zupełnie zniknął. Tak samo irytujące mrowienie w dolnych kończynach, o czym przekonał się próbując zgiąć prawą nogę. Poza tym był tak bardzo zaabsorbowany rozmową z Chanyeolem, że oprócz nadzwyczaj szybkiej regeneracji swojego ciała zdążył przegapić też moment przebudzenia Lucy, która właśnie zdążyła podnieść się z jego kolan.
   Przetarła oczy chcąc pozbyć się resztek snu z powiek. Rozejrzała się po salonie i z przestrachem stwierdziła, że nie ma pojęcia gdzie jest i co tak właściwie tutaj robi. Z  pewnością nie był to jej pokój, ani nawet dom, ale żeby zbytnio nie panikować omiotła wzrokiem wszystko jeszcze raz i z większą uwagą. Po krótkiej chwili meble wydały jej się całkiem znajome, ale to dopiero kubek stojący na stole dał jej pewność, gdzie się rzeczywiście znajduje.
- Jak się spało? – podskoczyła lekko słysząc głos zza swoich pleców.
Obejrzała się za siebie napotykając uśmiechniętą twarz Jongdae, a wszystkie wspomnienia zeszłej nocy od tak, zaczęły powracać. Mimo to, na widok szczerzącego się chłopaka kąciki jej ust same uniosły się do góry.
- Całkiem nieźle. – ziewnęła wyciągając ręce do góry – Ale do następnego razu, przytyj trochę. Masz strasznie kościste kolana. - W tej sekundzie uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Ty… Po tym wszystkim... Niewdzięczny dzieciak! - prychnął i z poważną miną założył ręce na piersi.
   Odwrócony tyłem, czekał aż brunetka zacznie się z niego śmiać i powie swoje sławetne „Do usług”, co miała w zwyczaju robić kiedy się na nią obrażał. Oczywiście, nie robił tego na poważnie. Polegało to w większości przypadków jedynie na przekomarzaniu i docinkach, które oboje tak uwielbiali, a za co czasem reszta przyjaciół miała ich kompletnie dość. I w tym momencie niczym się to nie różniło od wcześniejszych takich sytuacji. Cóż… Może nie do końca.
   Chen czekał na jakąkolwiek reakcję dziewczyny, jeśli nie w postaci salwy śmiechu to chociażby kuksańca w bok, ale ku jego zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło. Dlatego gdy czas oczekiwania przekroczył minutę, zmartwiony zerknął w jej stronę. Widząc jej przygaszoną minę tak kompletnie różną od tej sprzed chwili, zaniepokoił się nie na żarty. Już był gotowy zapytać co się stało, ale zdążyła go uprzedzić.
- Przepraszam. - zaczęła, czego kompletnie się po niej nie spodziewał.
W geście niezrozumienia za co tak właściwie go przeprasza przechylił głowę w bok, co przy okazji wyglądało niezmiernie uroczo.
- Nie powinnam cię tak nachodzić.
- Słucham? - zdziwiony uniósł jedną brew.
- No bo… - ze świstem wypuściła powietrze z ust - Zachowałam się jak ofiara losu. Cholernie żałosna ofiara losu. To było okropnie głupie, żebym przez taką błahostkę… Hej! - zaczęła się szamotać, kiedy Chen zarzucił jej koc na głowę. Nie za wiele to dało, bo po chwili  wręcz jeszcze bardziej zaplątała się w materiale. - Jongdae… Jongdae, no!
   Chen stanął za sofą i z rozbawieniem przyglądał się tym marnym próbom wyswobodzenia spod polarowego koca. I dobrze jej tak. Niech zrozumie jak bardzo idiotycznie brzmiały jej słowa w jego głowie. Znają się od tylu lat, a chłopak ciągle nie potrafił przekonać Lucy, że żadne z jej zachowań nigdy nie będzie dla niego głupie ani tym bardziej niepotrzebne.  Teraz miał nadzieję, że może ta kara ją czegoś nauczy choć tak szczerze mówiąc, niczego nie mógł być pewien.
    Z zadowoleniem patrzył jak wszystkie te heroiczne próby wyswobodzenia się Lucy spod koca spełzają na niczym, o czym przekonał go jej poddańczy jęk. I kiedy dziewczyna już kompletnie przestała się ruszać, Chen ledwo powstrzymując nieodpartą ochotę parsknięcia śmiechem, powoli zdjął materiał z jej głowy.
Pierwsze co zobaczył to oczywiście morderczy wzrok przyjaciółki skierowany w swoją stronę.
- Głupek. - walnęła go w ramię, na co uśmiechnął się do niej promiennie.
- Powiedziała roztargana kotka. - zripostował i poklepał ją po głowie. – A co do głupot to nie ja tutaj takie wymyślam. Lucy, proszę. Nie mów już tak więcej, bo to jedynie rani moje serce, a chyba nie chcesz żebym zszedł na zawał. Hm? – poprosił i podał jej rękę.
- Mówisz tak za każdym razem, a jeszcze nigdy nie umarłeś. – odburknęła, ale złapała jego dłoń wstając z sofy.
- Ciągle żyje nadzieją, że w końcu zaczniesz mnie traktować jak przyjaciela.
- Jesteś moim przyjacielem.
- O tak? – udał zamyślenie – Po twojej wcześniejszej wypowiedzi zaczynam… - w tym właśnie momencie po pokoju rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. - …wątpić. – dokończył, kiedy Lucy szukała swojego telefonu.
Znalazła go pod jedną z poduszek na których dziś spali i szybko wpisała kod zabezpieczający dostęp do telefonu. Jej źrenice rozszerzyły się ze zdziwienia, kiedy tylko zobaczyła nadawcę wiadomości. Wahała się przez kilka sekund, zanim drżącymi dłoń kliknęła na mrugającą kopertę. Przez ten cały czas Jongdae nie spuszczał z niej oczu, rejestrując każdą nawet najmniejszą zmianę w wyrazie twarzy dziewczyny. Był ciekawy kto to, ale postanowił poczekać aż Lucy na spokojnie przeczyta smsa. Wiadomość nie była długa, bo spojrzała na niego po krótkim czasie od znalezienia komórki, ale miał wrażenie, że jej wzrok nie wróżył nic dobrego.
- Lucy? Co jest?
Nie odpowiedziała od razu, tylko niemo wpatrywała się w wyświetlacz. Nie była pewna, czy słusznie będzie powiedzieć Chenowi prawdę. Jakoś nie miała ochoty znów słyszeć jak podnosi głos, a z drugiej strony gdyby skłamała, wyrzuty sumienia gryzły by ją do końca życia.
- Hej, słyszysz ty mnie? – wyrwał ją z zamyślenia łapiąc za ramiona – Kto to?
- To Minwoo… - wydusiła, tym samym potwierdzając jego, jak i swoje złe przeczucia.
- Czego chce? – warknął w jej stronę a nieprzyjemne dreszcze przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa.
- Przeprasza i… - zamilkła co jeszcze bardziej zaniepokoiło bruneta.
- I? – ponaglił, próbując nie myśleć o najgorszym.
- Ma nadzieję, że jeszcze spotkamy się w przyszłości. – zacytowała przyciszonym głosem.
Przerażona, patrzyła jak mimowolnie zaciska szczęki a mięśnie jego ramion powoli się napinają.
- Pierdolony kretyn. - prychnął z gorzkim uśmiechem – Usuń to. Teraz.
- Jongdae… - popatrzyła na niego błagalnie.
- No co? Co w tym trudnego?! –  wysyczał przez zęby, ale Lucy milczała. Czuł, jak jego cierpliwość powoli się kończy – Jeśli ty go nie chcesz usunąć, to ja to zrobię.
Podszedł do niej wyciągając rękę w stronę telefonu. Kiedy jego dłoń dotknęła obudowy, jak oparzona odskoczyła do tyłu.
- Nie! – wykrzyknęła, stanowczo za szybko.
Zamarła. Czy naprawdę powiedziała to na głos? Zdając sobie sprawę co właśnie się stało,  wystraszona spojrzała na chłopaka przed sobą. Tym razem modliła się chociażby o to, żeby był zły, ale niestety. Jego twarz byłą kompletnie wyprawna z emocji, nie wyrażała zupełnie nic. Miał rację. Powinna go usunąć już wczoraj zanim się tutaj zjawiła. Usunąć wiadomości, maila,  numer, kompletnie zerwać kontakt. Więc dlaczego do cholery zareagowała tak a nie inaczej? Czuła się jak skończona idiotka.
- Jongdae, ja… - zaczęła ledwo słyszalnie robiąc krok w jego stronę, na co zaraz się odsunął.
Zabolało.
- Zapomnij. – wyszeptał i ruszył do wyjścia z pokoju.
- Jongdae, proszę! - biegiem ruszyła za chłopakiem.
Wołała za nim przez całą długość schodów i korytarza na piętrze, ale ten ani myślał jej odpowiadać, czy chociażby spojrzeć w jej stronę. Owszem. Zasłużyła sobie. Swoim zachowaniem zasłużyła sobie na najgorsze traktowanie. Mógł na nią krzyczeć, prawić kazania, obrażać się, cokolwiek. Ale nie potrafiła znieść myśli, że się do niej nie odezwie. Ktokolwiek inny, dobra. Z bólem, jednak przeżyłaby karę milczenia. Ale nie Chen. Nie jej Jongdae. Dla niej jego milczenie było jak nóż w serce.
     Chłopak kompletnie ignorując jej obecność wszedł do łazienki i zaczął grzebać w szafce nad umywalką. Lucy stanęła w drzwiach w chwili, kiedy akurat nakładał pastę do zębów na szczoteczkę.
- Masz rację. – oznajmiła próbując nie zwracać uwagi na fakt, że ją ignoruje - Całkowitą rację, powinnam usunąć jego numer. To wcześniej… Nie mam pojęcia czemu to zrobiłam. Po prostu… Przepraszam. - westchnęła, bo tak naprawdę nie miała żadnego usprawiedliwienia na swoje zachowanie. Popatrzyła na Chena z nadzieją, że nareszcie się nie w jakikolwiek sposób zainteresuje. Przeliczyła się, bo jedyne co zrobił to mocniej wepchnął sobie szczoteczkę do ust i jeszcze energiczniej zaczął szorować zęby. Okej. Zrobiła źle, ale nie popełniła takiej zbrodni by stać się niewidzialną dla jednej z najważniejszych osób w jej życiu.
 – Jongdae! Czy możesz z łaski swojej zauważyć moją egzystencję?
     Mając dość traktowania jak powietrze, pociągnęła go za ramię tak by obrócił się w jej stronę. Chen wpierw zerknął na dłoń Lucy wciąż zaciśniętą na jego ramieniu, żeby po chwili wbić w nią swoje zimne spojrzenie. Stali tak w zupełnej ciszy, jedynie mierząc się wzorkiem. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, ale żadne ani myślało opuścić głowę. Czasem naprawdę miał ochotę wykrzyczeć Lucy w twarz, jak bardzo mu na niej zależy. Nie rozumiał. Czy tak trudno było jej pojąć, że jest dla niego ogromnie ważna? Że mogłaby rozpaczać nawet po stracie ulubionego długopisu, a on nie przestałby jej wspierać? Że gdyby tylko mógł pobiegł by na drugi koniec Korei za jej ukochanym kotem, który uciekł im z domu jeszcze kiedy byli w gimnazjum? Może w końcu coś by do niej dotarło. Może zrozumiałaby…
Może…
Chyba właśnie nadszedł ten moment.
- Kupie się bardziej niż Iron Mana! – wykrzyczał. Szkoda tylko, że zapomniał o szczoteczce, którą aktualnie miał w ustach.
    Lucy znieruchomiała. Nie bardzo wiedziała co na to odpowiedzieć i niekoniecznie dlatego, że słowa wywarły na niej tak ogromne wrażenie. Wręcz przeciwnie, nic z tego nie zrozumiała. Czy raczej zrozumiała, ale nie w tym sensie co powinna.
- Dobra. – powoli puściła jego ramię – Wiem, że chciałeś kupić bilet na Iron Mana, ale teraz chyba nie o tym rozmawiamy. Jeśli nie miałeś ochoty mnie wczoraj wysłuchiwać to mogłeś po prostu powiedzieć…
    Chen z bezsilności uderzył się otwartą dłonią w czoło. Serio? Czy dzisiaj wszystko musi być przeciwko niemu? Matka natura koniecznie wymaga od niego żeby musiał to mówić? Najpierw Chanyeol, teraz Lucy… Nie dosyć się dziś namęczył? Naprawdę nie ma dla niego litości?
- Zakopałem się w torbie, okej? – wyrzucił tak szybko, jakby to były ostatnie słowa w jego życiu.
Z zawziętą miną wpatrywał się w Lucy czekając aż coś odpowie, ale jedyne czego się doczekał to pytające spojrzenie i niezrozumienie.
- Chen… Wiem, że znamy się już dość długo, ale jednak o wiele więcej zrozumiem jeśli wyjmiesz tą szczoteczkę z ust.
- Lucy ma rację. Wyjmij to z twarzy, bo brzmisz jeszcze gorzej niż zwykle.
    W tym samym momencie, kiedy po łazience rozbrzmiał męski głos, Chen o mało co nie opluł Lucy, która sekundę potem wpadła na kosz z ręcznikami. Z przestrachem w oczach spojrzeli w głąb łazienki, skąd o dziwo właśnie dochodził głos. Nie bardzo wiedzieli jakim cudem mogli nie zauważyć, że przez ten cały czas w łazience jest ktoś jeszcze prócz nich i był to nie kto inny, jak brat Jongdae.
- Hyung?! - Chen wypluł pastę do umywalki i zwrócił się do Jongdeoka. – Co ty tu robisz?
Starszy spojrzał na wannę, a potem z powrotem na Jongdae z politowaniem wypisanym na twarzy.
- Myślałem braciszku, że przez tyle lat kąpieli wiesz w jakim celu używa się wanny.
Chen wywrócił z dezaprobatą oczami.
- Daruj sobie sarkazm i wyjdź z łaski swojej.
- Tak się składa, że byłem tu przed wami i to ty… - przerwał przekręcają głowę w stronę Lucy - A raczej wy, zakłóciliście mój spokój. Swoją drogą ciekawa sceneria na wyznawanie miłości Dae, zaskoczyłeś mnie. – uśmiechnął się z uznaniem i uniósł kciuk do góry przez co ochlapał kawałek podłogi przy wannie.
    Chen nie raz i nie dwa był bliski zamordowania własnego i osobistego brata. Jongdae mógłby wymieniać jeszcze ogrom takich sytuacji, gdzie jedyne co miał ochotę zrobić to zepchnąć brata z balkonu. Oczywiście więzy rodzinne, czy jak każdy woli to nazwać i fakt, że gdzieś tam w środku kochał brata (bo mimo wszystko, Chen miło wspomina niektóre momenty spędzone razem) nie pozwalała mu tego zrobić. Jednak w tej chwili czuł, że - małe, bo małe - ale zawsze istniejące pokłady braterskiej miłości właśnie się wyczerpały i tylko ostatkiem sił powstrzymuje się od rzucenia na tego szczerzącego się idiotę.
- Jongdae, to prawda?
    Z głębokiej konsternacji na temat najstraszniejszych tortur jakie Chen mógłby zadać Jongdeokowi wyrwał go głos Lucy. Posłał mordercze spojrzenie w stronę leżącego w wannie bruneta i przeklinając w myślach dzień, w którym nie spróbował zrzucić go pięć lat temu z drzewa, spojrzał w jej stronę.
- Nie słuchaj go. Gada głupoty, jak zwykle zresztą.
- Ajaj, nie wolno tak kłamać Dae.
- Cicho! – wywarczał młodszy – Lucy, nie zwracaj na niego uwagi. Chodźmy stąd.
    Złapał ją za ramiona z zamiarem wyjścia z łazienki jak najdalej od tego niszczyciela jego życia uczuciowego. Aczkolwiek Lucy ani drgnęła, a jedynie wpatrywała się w Jongdeoka.
- Oppa, Jongdae naprawdę to powiedział? – zapytała ignorując niemą prośbę Chena aby zaniechała jakiejkolwiek rozmowy z jego bratem. Jongdeok przez sekundę patrzył na nią zdziwiony, a potem roześmiał się w głos.
- Serio? Nic nie zrozumiałaś? - rozbawiony potrząsnął z niedowierzaniem głową.
- A ty niby skąd…
- Studiuję język trolli od dwudziestu lat. A ten tutaj piękny okaz właśnie powiedział, że się w tobie zakochał. – uśmiechnął się i puścił oczko do Lucy.
    Jongdeok spoglądał to na Lucy, to na Chena nie mogąc się zdecydować czyja mina w tym momencie była zabawniejsza. Zszokowana z otwartymi ustami brunetka, czy jego kochany braciszek gromiący go wzrokiem.
- Jak cię dorwę… - wysyczał młodszy przez zaciśnięte zęby – Wypad stąd! Dalej!
- Ach, młody. Normalnie to byś za taki tekst nieźle ucierpiał, ale w tej sytuacji… - ledwo co powstrzymał ochotę parsknięcia śmiechem – W tej sytuacji ci odpuszczę. Podaj mi ręcznik i was zostawiam, gołąbeczki.
- Nie będę ci nic podawał. – oburzył się młodszy.
- Dobra, mogę wyjść tak… - machnął lekceważąco ręką i powoli zaczął się wynurzać z wody.
- Nie!!! – wydarł się Chen i w sekundzie zakrył oczy Lucy – Dobra! Masz już ten głupi ręcznik.
    Nogą sięgnął pralki i stopą kopnął puchaty materiał w stronę Jongdeoka. Ten z pewnym ociąganiem i ciągle przyklejonym uśmiechem do ust wyszedł z wanny i owinął go sobie w pasie. Chen cały ten czas szczelnie zasłaniał oczy przyjaciółki i nie puszczał choćby na sekundę  dopóki nie był pewien, że Jongdeok zniknął w korytarzu. Dopiero gdy po domu rozniósł się dźwięk zamykanych drzwi z ciężkim westchnieniem opuścił dłonie.
- Co za debil, idiota, kretyn… - zaczął wyliczać ze złością wrzucając szczoteczkę do szafki.
- Jak widać to u was rodzinne. – prychnęła Lucy zakładając ręce na piersi.
Jongdae już otwierał usta żeby odpowiedzieć, ale zanim zdążył odpyskować uderzyła go otwartą dłonią w policzek.
- Ałć! – Chen dotknął piekącego miejsca z wyrzutem patrząc na przyjaciółkę – Za co to?
- Za kłamanie.
- Ja nie kłamałem! – zaczął oburzony, ale widząc drwiący wzrok Lucy zaraz dodał – To było tylko zatajanie prawdy… dla własnego dobra.
Lucy znów prychnęła słysząc jego odpowiedź i równie szybko co poprzednio uderzyła Chena, tylko tym razem w brzuch.
- Cholera, Lucy! – jęknął zginając się w pół – Jak chcesz mi dać do zrozumienia, że jestem kretynem, to po prostu to powiedz!
- Okej. – wzruszyła ramionami i oparła się o framugę - Jesteś kretynem.
- Super. – fuknął rozmasowując sobie brzuch.
Widok skrzywionej twarzy chłopaka sprawił, że mimowolnie zachichotała. Nie była przekonana czy to jego zbolała mina, lekko wilgotna grzywka, czy może ta niewielka pozostałość pasty na policzku nadawała mu tyle uroku, ale uśmiech sam wkradał się na jej usta.
- Widzę, że jesteś zadowolona ze swoich rezultatów. – zauważył wciąż niepocieszony Jongdae.
- Nie do końca. – odparła, na co wywrócił z dezaprobatą oczami.
- Lucy, proszę…
Już miał wydać z siebie kolejny błagalny jęk. Już miał powiedzieć, żeby skończyli. Już miał nadzieję, że wyjdą z łazienki jak gdyby nigdy nic. Że po prostu zapomną. I będzie jak dawniej. Jak zwykle.
Miał to wszystko z siebie wyrzucić, ale słowa uwięzły mu w gardle z dwóch powodów. Pierwszy: wcale tego nie chciał. Nie chciał zapomnieć, udawać, że nic się nie stało i było „jak zawsze”. Chciał żeby było kompletnie „inaczej”. By wszystko się zmieniło, nie tylko dla niego, ale i dla Lucy.
A drugi? Drugi sprawił, że pierwszy stał się w tym jednym momencie bardziej niż realny.
    Minęło zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło żeby Jongdae poczuł jak już nie jeden, a oba policzki pieką go niemiłosiernie i to bynajmniej nie od kolejnego uderzenia. Kiedy tylko  odsunęła się od niego na kilka centymetrów, spojrzał na nią z ogromnym pytaniem wymalowanym na twarzy. Tak, pytaniem. Bo przecież niecodziennie twoja najlepsza przyjaciółka przychodzi do ciebie, cierpiąc po innym chłopaku, a potem całuje cię w twojej własnej łazience. I to do tego w usta. Chen naprawdę czuł się nieźle zagubiony, a już szczególnie, kiedy na twarzy Lucy znów zagościł szeroki uśmiech.
- Teraz jestem zadowolona. – przejechała dłonią po jego policzku, czym wywołała u niego kolejną falę zaskoczenia.
- Ja… - zaczął z lekka nieprzytomnym tonem. – Ja…
Lucy w oczekiwaniu przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, ale Chen już dawno zapomniał co tak właściwie chciał powiedzieć. Czuł tylko, jakby gdzieś głęboko w środku jakieś latające owady (przypuszczam, że motyle) odstawiały pokaz akrobacji powietrznych między jego sercem a płucami, doprowadzając go tym do szaleństwa.
- Aish! Jesteś irytująca.
Złapał jej nadgarstek i z powrotem przyciągnął do siebie tak, że wylądowali na koszu do prania. I Lucy uśmiechnęła się przez pocałunek, a Chen usłyszał ciche i najpiękniejsze „Do usług”, tuż przy swoich ustach.

I nawet Iron Man, nie byłby w stanie tego zastąpić. 



_____________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz