Rodzaj: oneshot, fluff, scenariusz
Uwagi: brak ogólnego sensu/fabuły/jakkolwiek to nazwać
_____________
Dzień, od samego początku zapowiadał się
niezmiernie ponuro. Już przed południem, ponure chmury przysłoniły ponure
niebo, przyprawiając ludzi spacerujących szarym i równie ponurym chodnikiem, o
tak samo ponury nastrój. Nawet drzewa przybrały osobliwie ponurą barwę, przez
co w zazwyczaj kolorowym i wręcz przeludnionym parku, nie było dziś widać żywej
duszy.
Mimo szarej rzeczywistości, postanowiła się jednak nie
poddawać temu wszechogarniającemu przygnębieniu. Dlatego z słuchawkami w uszach
i delikatnym uśmiechem na twarzy, przemierzała ulice Seulu dzielnie stawiając
czoła wszystkim tym ponurym sygnałom, jakimi bombardowało ją środowisko.
Nawet przeraźliwy grzmot, czy błyskawica, złowrogo przecinająca ciemne niebo,
nie była w stanie pozbawić ją dobrego humoru. Bo przecież jak mogłaby poddać
się temu nostalgicznemu nastrojowi, kiedy właśnie zmierzała na tak ważne i
długo wyczekiwane spotkanie? Spotkanie, gdzie na samą myśl o nim, czuła jak w
jej brzuchu stado niezidentyfikowanych, latających stworzeń zrywa się do lotu i
przyprawia o zawrót głowy? Nie. Z pewnością nie pozwoli, by mimo wszelkich
ostrzeżeń matki natury, ten dzień był posępny, szary, ani tym bardziej
nieudany. A żadna anomalia pogodowa, nawet jeśli jest nią burza której od
dziecka się bała, nie może zwiastować nieszczęścia.
Ale…
Czy na pewno?
***
Jednostajny stukot kropli deszczu
odbijających się o parapet, powoli zaczynał działać niczym dobry środek
nasenny. Leżąc na sofie, nad sobą trzymał czwarty już dziś, tom całkiem
niedawno zakupionej mangi i ostatkiem sił próbował nie przymknąć okropnie
ciężkich powiek. Pech chciał, że ani pogoda za oknem, ani nawet lektura, którą
tak lubił, nie były chętne by mu w tym pomóc. Deszcz lał już od dobrych kilku
godzin, a jak do tej pory wartka akcja komiksu nagle zaczęła diametralnie spowalniać,
dodatkowo potęgując panującą już i tak od dłuższego czasu, leniwą atmosferę
domu.
W pewnej chwili, kiedy dłonie powoli straciły siły,
wypuszczając niewielką książkę na twarz, a on sam był tuż na skraju przeniesienia
się do krainy Morfeusza, cały ten senny nastrój został brutalnie przerwany
dźwiękiem dzwonka. Wyrwany z monotonnej ciszy jaka do tej pory go otaczała,
zerwał się do siadu, przy okazji zrzucając z siebie wcześniej czytany tom.
- Młody, weź rusz tyłek i otwórz! – usłyszał z piętra, kiedy drażniący
sygnał znów rozniósł się po pokoju.
Niechętnie wstał z sofy i nadal lekko zdezorientowany, ruszył do drzwi.
Przez całą drogę do holu zastanawiał się, kto był aż tak zdesperowany żeby
wyjść z domu w taką pogodę, a co ciekawsze – złożyć niezapowiedzianą wizytę
akurat jemu.
Rodzice wyszli na firmowe przyjęcie ojca, więc był
pewny, że wrócą nie wcześniej niż po pierwszej w nocy. Wpadł mu do głowy
pomysł, że może umówił się z którymś z tych idiotów i po prostu o tym
zapomniał, ale szybko odrzucił tą myśl, bo przecież widzieli się zaledwie
wczoraj. Jeżeli oczywiście imprezę, z której wracał o czwartej nad ranem mógł
nazwać dniem wczorajszym. Ale nie to teraz było najważniejsze.
Gdy w końcu doczłapał się do drzwi z małym
potknięciem o wycieraczkę, powoli nacisnął klamkę. Zaskrzypiała nieprzyjemnie,
a gdy wychylił głowę na zewnątrz zobaczył coś, co przerosło wszelkie jego
oczekiwania.
- Lucy? – zapytał niepewnie, szerzej otwierając drzwi.
- Mogę wejść? – odparła słabo, z pochyloną nisko głową.
- Tak… Jasne, wchodź.
Przesunął się w bok, by mogła swobodnie wejść do środka. Jak tylko znalazła
się w holu, zaraz zatrzasnął zamek, nie pozwalając by zimne podmuchy wiatru
dostały się do mieszkania.
Odwrócił się od drzwi i z przerażeniem zauważył, w jak
opłakanym stanie była jego przyjaciółka. Słowo przemoczona, ani trochę nie
oddawało stanu w jakim się znajdowała. Wyglądała, jakby w kompletnym ubraniu i
butach weszła pod prysznic albo basenu pełnego lodowatej wręcz wody. Kilka
mokrych kosmyków przykleiło się do jej zaróżowionych policzków, a dolna warga
drżała z zimna. Jednak było jeszcze coś. Coś zupełnie innego, co uderzyło go
najbardziej. Płakała.
- Cholera, Lucy! Cała się trzęsiesz! – złapał ją za ramiona, jednocześnie
próbując zdjąć z niej kurtkę, która przez wsiąkniętą wodę ważyła co najmniej
trzy kilo więcej niż powinna.
Kiedy uporał się z tą częścią garderoby, zaraz
zaprowadził ją do łazienki. W międzyczasie, sprintem pokonał schody na piętro,
skąd ze swojego pokoju przyniósł suchą koszulkę i spodnie.
- Masz. – podał jej ubranie – Weź ciepły prysznic i przebierz się. Będę
czekać w salonie.
W odpowiedzi dostał tylko ledwo zauważalne kiwnięcie głową.
***
Czajnik zagwizdał ostrzegawczo,
informując, że woda jest gotowa do picia. Szybko wyłączył gaz i zalał wrzątkiem
wcześniej przygotowaną herbatę. Pełne kubki podniósł ostrożnie i powoli, żeby
nie poparzyć sobie żadnej z części ciała, przeniósł je do salonu.
Niestety był tak zaaferowany pojawieniem się
niespodziewanego gościa, że wychodząc z pokoju zupełnie zapomniał o bałaganie,
jaki tam zostawił. Nie miał czasu na sprzątanie, więc po prostu pozbierał
walające się po kanapie, stole i dywanie książki, rzucając je do pierwszej
lepszej szafki, z nadzieją, że mama akurat do niej nie zajrzy. Zamykając
drzwiczki mebla, przypomniał sobie o drżącej z zimna Lucy, dlatego kucnął
jeszcze przy jednej z szuflad skąd wyjął najmilszy i najcieplejszy polarowy koc,
jaki miał w domu. Zadowolony ze swojego pomysłu, wrócił na miejsce. Nim jednak
zdążył z powrotem usiąść, usłyszał dźwięk zamykanych drzwi, a kilka sekund
później, w salonie pojawiła się średniego wzrostu brunetka.
Omiótł ją wzrokiem od dołu do góry. Ciemne spodnie z
przydługimi nogawkami przysłaniały jej bose stopy, a rozciągnięta
koszulka z mocno wytartym już nadrukiem, miała na sobie kilka mokrych plam,
pozostawionych zapewne przez lekko wilgotne włosy. Może strój i nie był
idealny, niemniej jednak, na pewno wygodniejszy od jej własnych ubrań i przede
wszystkim – suchy. Dlatego, pierwszy raz naprawdę ucieszył się w duchu, że nie
pozwolił mamie wyrzucić swoich starych dresów.
Poza tym, dla niego nadal wyglądała ślicznie.
Gestem ręki kazał jej zająć miejsce obok siebie. Usiadła
bez słowa, by za chwilę poczuć jak nakrywa jej ramiona kocem a pod nos
podsuwa nadal parujący napój. Mimowolnie się uśmiechnęła, kiedy kubek
przypominający lukrowaną babeczkę okazał się być tym, który dała chłopakowi na
dziewiętnaste urodziny. Pamiętała jakby to było wczoraj. Oburzoną i zarazem
uroczą minę Chena, gdy zobaczył swój prezent, jego narzekania, że jest zbyt
męski na tak słodkie rzeczy oraz gromki śmiech i żarty chłopców na każdym
kolejnym spotkaniu, jakie odbywały się u niego w domu. Po takich wizytach wiele
razy groził Lucy, że zbije kubek przy pierwszej lepszej nadarzającej się
okazji, bo to podobno „coraz bardziej kompromituje go przed znajomymi”.
I co? Od tego czasu minęły dwa długie lata, a
kubek-babeczka był bez najmniejszego nawet pęknięcia, czy zadrapania i mimo
wrogości jaką darzył go właściciel, miał się nadzwyczaj dobrze.
Piła bardzo powoli i z uwagą, by czasem nie poparzyć
sobie języka albo podniebienia. Sączyła łyk za łykiem, z każdym kolejnym
ociągając się coraz bardziej. Jego herbata już dawno zniknęła z naczynia, kiedy
ona dotarła dopiero do połowy. To nie tak, że nie był świadomy celu jej
powolnego działania. Wręcz przeciwnie. Znali się na tyle długo, że wiedział,
kiedy Lucy ma ochotę na głupie żarty, wypad na zakupy, ponarzekać na rodziców i
szkołę, czy o pierwszej w nocy iść na drugi koniec miasta, po jej ulubioną
czekoladę z orzechami. Wiedział też, jak ciężko przychodzi jej wyrażanie uczuć
słowami i jak bardzo nie lubi, gdy ktoś zadaje zbyt wiele pytań, bo to jedynie
ją denerwuje i wtedy obraża się na każdą, choćby najmniejszą napotkaną istotę
żywą, jak i martwą. Tak, Jongdae świetnie zdawał sobie z tego sprawę, dlatego
odkąd pojawiła się w progu jego domu nie zapytał zupełnie o nic, tylko czekał. Czekał,
aż sama będzie w stanie powiedzieć mu o wszystkim, co leżało jej na sercu.
Przez długą chwilę wpatrywała się w mleczno-białe dno,
jakby to w jakiś magiczny sposób miało sprawić, że kubek znów będzie pełny.
Niestety na darmo były wszelkie starania, bo w końcu i jej herbata musiała się
kiedyś skończyć. Odstawiła więc kubek na stół, po czym szczelniej okryła się
kocem.
- To on… - wyszeptała, czując jak łzy znów napływają jej do oczu.
- Słucham?
Z początku myślał, że się przesłyszał. Tak długo siedzieli
w ciszy przerywanej jedynie szumem deszczu za oknem, że kiedy rzeczywiście
usłyszał jej głos był prawie pewny, że to wyobraźnia płata mu figle.
Bała się. Naprawdę strasznie się bała powiedzieć więcej,
a z drugiej strony wiedziała, że to jedno słowo i tak jest w stanie zastąpić
dziesiątki niewypowiedzianych zdań.
- Min… Minwoo. – zająknęła się.
Jongdae momentalnie zesztywniał. Dźwięk tego
imienia budził w nim najgorsze z możliwych emocji, jakie istniały na tym
świcie. Przymknął powieki biorąc głęboki oddech a dłonie mimowolnie zacisnął w
pięści.
- Jeżeli ten dupek znów ci coś zrobił… - wysyczał przez zaciśnięte zęby,
ledwo panując nad sobą - To przyrzekam…
- Nie. – zaprzeczyła szybko, ale dopiero po chwili dotarło do niej jak
ogromny błąd popełniła.
- Nie? – prychnął – Lucy, spójrz na siebie!
- To wcale nie…
- Nie jego wina. Oczywiście, że nie jego. – dokończył z sarkazmem, słysząc
po raz setny ten sam argument, który ostatnimi czasy coraz skuteczniej
doprowadzał go do szału – To wcale nie jego wina, że byłaś przemoczona, że
marzłaś, że jesteś na skraju wyczerpania…
- Jongdae, proszę. – wyszeptała z bólem w głosie, ale jego to nie
obchodziło. Już nie.
- To, że płaczesz to oczywiście też nie jego wina! – zerwał się z sofy, ze
złością uderzając w drewniany blat stołu.
Nie miał już siły słuchać. Nienawidził tego imienia.
Nienawidził osoby, która je nosiła odkąd tylko pamiętał. Jego wyniosłego
głosu, zimnego spojrzenia, nieskazitelnie ułożonej fryzury, wypastowanych butów
i zbyt pewnego siebie charakteru. Szczerze nienawidził każdej istniejącej
rzeczy na tym świecie, jaka była z nim związana, nie ważne czy była martwa, czy
żywa. A mimo to było coś, za co nienawidził go nieporównywalnie bardziej i nie
był w stanie mu tego wybaczyć. Nigdy.
- Dobrze! - krzyknęła, na co drgnął, ale na nią nie spojrzał – To jego
wina! Deszcz, to że tu jestem, że mam dosyć, że płaczę! Rozumiesz? Wszystko! To
wszystko jego cholerna wina! – ostatnie słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
Nie chciała płakać. Nie w jego obecności. Skuliła się,
próbując schować twarz pod za długą grzywką, jednak było już za późno. Nim
zdołała zaprzeczyć samej sobie, łzy bez pozwolenia potoczyły się po jej
policzkach.
A Chen? W jednej chwili cała wściekłość i wewnętrzna chęć
mordu, jak gdyby z niego wyparowała, a jej miejsce szybko zastąpiło to
potwornie irytujące poczucie winy. Westchnął ciężko, klnąc w myślach na siebie
i swój czasem zbyt porywczy charakter, którego w takich chwilach szczególnie
nienawidził. Pomału rozluźnił wciąż zaciśnięte dłonie, dając pobielałym
knykciom trochę wytchnienia i bez słowa przytulił szlochającą dziewczynę.
- Już, spokojnie. Jestem tutaj. – wyszeptał jej wprost do ucha,
najłagodniej jak tylko potrafił.
I właśnie wtedy poczuł jak drobne, drżące dłonie,
nieporadnie wydostają się spod materiału i równie niezdarnie próbują opleść go
w talii. Na ten mimo, że niespodziewany gest jego ciało zareagowało niemal
automatycznie. Bez zastanowienia nad tym, co tak właściwie robi i czy to aby
słuszne, usadził ją na swoich kolanach, by już po chwili palcami delikatnie
przeczesywać jej miękkie, pachnące szamponem czekoladowym włosy.
Nie miał pojęcia jak długo tak siedzieli. Nie wiedział
też, w którym momencie zaczął nucić kołysankę, którą śpiewała mu mama w
dzieciństwie, ani kiedy Lucy w końcu przestała płakać, a jej oddech stał się
płytki i równomierny. I jeśli miał być szczery ze światem, nie obchodziło go to
w najmniejszym nawet stopniu.
Najważniejsze było, że miał ją przy sobie.
***
Jak przez mgłę usłyszał fragment piosenki
Sistar, Give it to me, którą całkiem niedawno ustawił sobie na dzwonek.
Z początku nie zamierzał odbierać. Z nadzieją, że osoba po drugiej stronie dość
szybko da sobie spokój, przerzucił głowę na drugi bok i zakrył twarz poduszką.
Ku jego niezadowoleniu, dzwoniący widać nie miał litości, bo telefon wciąż wydawał
z siebie irytujące odgłosy i ani myślał zamilknąć, więc nie pozostało mu nic
innego, jak odebrać połączenie.
Nawet nie otwierając oczu, dłonią odszukał to
szatańskie urządzenie i przejechał kciukiem po ekranie.
- Czego? – wychrypiał do słuchawki, mając głęboko w poważaniu kim jest ta
podła osoba, która raczyła go obudzić.
- Aigoo~ To tak się wita z najlepszymi przyjaciółmi? – zapytał z
rozbawieniem niski głos po drugiej stronie.
Minęła długa chwila, zanim jego mózg zdążył przyswoić informację z kim
rozmawia. Kiedy w końcu dotarło do niego, że był to nie kto inny jak Chanyeol,
odparł równie przyjemnie jak poprzednio:
- Możesz być nawet brytyjską królową, a i tak cię nienawidzę.
- Och, jak możesz? – oburzył się chłopak, lecz mimo wszystko było słychać,
że w przeciwieństwie do Jongdae, niezmiernie go ta sytuacja bawi - Czyżby kac
trzymał cię drugi dzień z rzędu, że tak od razu ranisz moje uczucia?
Chen przetarł zaspane oczy, czując jak gdzieś w środku wzbiera w nim
nieodparta ochota przywalenia temu olbrzymowi. Postanowił jednak przemilczeć
jego ostatnie pytanie.
- Trzeba było, kretyni, nie dzwonić o tak kurewskiej godzi… Ach~ –
niezamierzone jęknięcie wyrwało się z jego ust, kiedy tylko spróbował się
przeciągnąć. Pożałował tego natychmiast po tym, jak nieznośny ból przeszył jego
plecy od samej szyi, przez całą długość kręgosłupa, na kości ogonowej kończąc.
Wyprostował też nogi, ale tam znowu nie poczuł zupełnie nic, prócz miarowego
mrowienia to w jednej, to w drugiej kończynie w zależności, którą akurat
ruszył. Wrócił więc do mniej bolesnej pozycji w jakiej tkwił na początku, w
myślach notując sobie, żeby już nigdy nie spać w salonie.
Oczywiście, jęk Chena nie umknął uwadze jego rozmówcy.
- Wiesz co Jongdae? Po twoich odgłosach zaczynam się zastanawiać, czy
czasem ci w czymś nie przerwałem. – Park, jak widać dalej świetnie się bawił
kosztem cierpień przyjaciela - I tak dla twojej wiadomości, jest już druga po
południu.
- Nie ważne. Do rzeczy, Chanyeol. – przerwał mu, pragnąc skończyć tą donikąd
prowadzącą rozmowę, jak najszybciej iść do łazienki i wziąć gorący prysznic, co
by rozluźnić napięte i obolałe mięśnie.
Niestety Park ani trochę mu tego nie ułatwiał, bo nie
odpowiedział od razu. A przynajmniej nie jemu, bo Jongdae zaraz po swoich
słowach miał wrażenie, że gdzieś z oddali słyszy wołanie Baekhyuna i potem
wrzask Chanyeola, który swoją drogą, do najmilszych nie należał.
- Dobra. – Yeol łaskawie przypomniał sobie o istnieniu przyjaciela – Widzę,
że Śpiąca Królewna wstała lewą nogą i kompletnie zapomniała co dzisiaj za
dzień. Dlatego brytyjska królowa dzwoni poinformować, że jeżeli nie zwleczesz
swojego tyłka z miejsca, w którym aktualnie leżysz i nie zjawisz się tu,
najdalej, za pół godziny, to możesz pożegnać się z vipowskimi… – na to słowo
położył największy nacisk - …wejściówkami, spoczywającymi w mojej dłoni.
Chen zamrugał kilka razy zanim dotarło do niego, co tak właściwie usłyszał.
Ostatecznie, gdy przypomniał sobie o jakich wejściówkach mówił Park, usiadł tak
gwałtownie, że o mało co obudziłby
śpiącą na jego kolanach Lucy.
- Załatwiłeś je? Jakim cudem…?
- Wiesz, ma się ten wewnętrzny urok. – Jongdae wywrócił z dezaprobatą
oczami, a Yeol jakby wyczuwając jego reakcję, dodał – Okej. Junmyeon miał w tym
trochę swojego udziału, ale i tak w większości możesz dziękować mnie. - Tak.
Cały Chanyeol.
Bezwiednie gapiąc się w jeden punkt na suficie, zachodził
w głowę co takiego zrobił Park i ile musiał zapłacić by je zdobyć. W szczególności,
że wszystkie bilety były wyprzedane dobre trzy miesiące przed premierą. Nie
wspominając już o tym, że były to miejsca dla vipów, czego Chen nawet nie mógł
sobie wyobrazić. Nadal nie do końca dowierzając własnemu szczęściu, uśmiechnął się głupkowato do białego sufitu. Z
zamyślenia wyrwało go dopiero pytanie Chanyeola:
- To jak? Będziesz, czy śpisz dalej?
Nawet jakby bardzo się starał, był pewny, że teraz nie
zmrużyłby już oka i gdyby mógł pobiegł by tam od razu. Ba! Teleportowałby
się w tej samej chwili, kiedy Chanyeol w ogóle wspomniał o wejściówkach, mając
głęboko gdzieś, że jest kompletnie roztargany, w znoszonych ciuchach i bez
skarpetek.
Oczywiście, gdyby mógł.
Spojrzał na swoje kolana, gdzie nadal spokojnie leżała
Lucy. Odgarnął włosy opadające na twarz dziewczyny, uważnie się jej
przyglądając. Na całe szczęście nie była już blada ani mokra, a jedynym śladem
jaki mógł świadczyć o wczorajszym wydarzeniu były szare worki pod oczami.
Pozostałość po kilku przepłakanych godzinach, o których oboje z pewnością będą
chcieli szybko zapomnieć.
Pogładził jej policzek zagryzając przy tym dolną wargę.
- Nie mogę. – wydusił w końcu, mając wrażenie jakby część jego duszy
właśnie uleciała gdzieś daleko i nigdy nie zamierzała wrócić.
Park nie zareagował od razu. Zapewne spodziewał się zupełnie innej
odpowiedzi, bo zaraz roześmiał się w głos.
- Bardzo śmieszne, Jongdae~ A teraz koniec trollowania i chcę widzieć twoje
cztery litery przed kinem za piętnaście minut.
- Nie mogę. – powtórzył bardziej stanowczo i trochę głośniej niż zamierzał.
- Okej. – westchnął Yeol – Nie sądziłem, że jesteś aż tak leniwy, ale nie
ma sprawy. Zaraz powiem Suho żeby po ciebie pojechał…
- Cholera, Chanyeol. Której części zdania „Nie mogę”, nie rozumiesz? A może
mam ci przeliterować? Zaśpiewać? Co tylko chcesz! – zirytowany nachalnością
przyjaciela przeczesał dłonią potargane włosy.
- Och… - westchnął wielce zdziwiony Park – To ty tak na serio? Dobra,
zwariowałeś, zrozumiałem. Tylko co ja niby mam teraz zrobić z czwartym biletem?
- Nie wiem. – Lucy drgnęła, dlatego zaraz ściszył głos - Zadzwoń do Sehuna,
zawsze chciał zobaczyć Mirandę Kerr, a podobno ma tam być, prawda? – naprawdę,
ale to naprawdę nie sądził, że kiedyś to powie i jak bardzo bolesne będzie to
dla niego samego.
- Tak, ma być. – przyznał Chanyeol i zamilkł, jednak nie na długo – I Robert Downey Jr... I Gwyneth Paltrow… I ty serio oszalałeś.
- Yeol, błagam. Nie pogrążaj mnie jeszcze bardziej niż sam to właśnie robię.
– wysyczał ledwo słyszalnie, bo tym razem Lucy przekręciła się na drugi bok.
- Wybacz. Po prostu nie mogę się nadziwić jak wielkim kretynem jesteś.
Ja też nie przemknęło mu przez myśl, ale nigdy w życiu nie odważyłby się powiedzieć
tego na głos. Chciał iść. Cała czwórka marzyła o tym odkąd w ogóle dowiedzieli
się, że na premierze Iron Mana w Korei ma zagościć jego główny bohater
oraz kilka innych gwiazd. Ale przecież nie mógł od tak sobie wyjść i zostawić
Lucy samą. Zwłaszcza po wydarzeniach z dnia wczorajszego.
Od bardzo dawna nie był tak okropnie rozdarty, jak w tej chwili.
- Coś jeszcze? – zapytał, kompletnie wykończony całą to rozmową.
- Nie, ale dam ci już spokój. – odparł wspaniałomyślnie Park.
- Dziękuję.
- Jakby przypadkiem twój mózg wrócił na swoje miejsce, to dzwoń. – dodał
jeszcze Chan - A teraz pozwolisz, że się rozłączę i przekażę Baekhyunowi i Suho
o twojej chorobie psy...
- Też cię kocham, Chanyeol. – przerwał mając już dość wysłuchiwania o
swojej domniemanej niepełnosprawności umysłowej i zanim tamten zdołał
dokończyć, czy w ogóle się pożegnać, rzucił telefon na stół.
Nie miał pojęcia kiedy dokładnie to się stało, ale z
radością stwierdził, że ból kręgosłupa zupełnie zniknął. Tak samo irytujące
mrowienie w dolnych kończynach, o czym przekonał się próbując zgiąć prawą
nogę. Poza tym był tak bardzo zaabsorbowany rozmową z Chanyeolem, że oprócz
nadzwyczaj szybkiej regeneracji swojego ciała zdążył przegapić też moment
przebudzenia Lucy, która właśnie zdążyła podnieść się z jego kolan.
Przetarła oczy chcąc pozbyć się resztek snu z powiek.
Rozejrzała się po salonie i z przestrachem stwierdziła, że nie ma pojęcia gdzie
jest i co tak właściwie tutaj robi. Z pewnością nie był to jej pokój, ani
nawet dom, ale żeby zbytnio nie panikować omiotła wzrokiem wszystko jeszcze raz
i z większą uwagą. Po krótkiej chwili meble wydały jej się całkiem znajome, ale
to dopiero kubek stojący na stole dał jej pewność, gdzie się rzeczywiście
znajduje.
- Jak się spało? – podskoczyła lekko słysząc głos zza swoich pleców.
Obejrzała się za siebie napotykając uśmiechniętą twarz Jongdae, a wszystkie
wspomnienia zeszłej nocy od tak, zaczęły powracać. Mimo to, na widok szczerzącego
się chłopaka kąciki jej ust same uniosły się do góry.
- Całkiem nieźle. – ziewnęła wyciągając ręce do góry – Ale do następnego
razu, przytyj trochę. Masz strasznie kościste kolana. - W tej sekundzie
uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Ty… Po tym wszystkim... Niewdzięczny dzieciak! - prychnął i z poważną
miną założył ręce na piersi.
Odwrócony tyłem, czekał aż brunetka zacznie się z niego
śmiać i powie swoje sławetne „Do usług”, co miała w zwyczaju robić kiedy się na
nią obrażał. Oczywiście, nie robił tego na poważnie. Polegało to w większości
przypadków jedynie na przekomarzaniu i docinkach, które oboje tak uwielbiali, a
za co czasem reszta przyjaciół miała ich kompletnie dość. I w tym momencie
niczym się to nie różniło od wcześniejszych takich sytuacji. Cóż… Może nie do
końca.
Chen czekał na jakąkolwiek reakcję dziewczyny, jeśli nie
w postaci salwy śmiechu to chociażby kuksańca w bok, ale ku jego zdziwieniu nic
takiego nie nastąpiło. Dlatego gdy czas oczekiwania przekroczył minutę,
zmartwiony zerknął w jej stronę. Widząc jej przygaszoną minę tak kompletnie
różną od tej sprzed chwili, zaniepokoił się nie na żarty. Już był gotowy
zapytać co się stało, ale zdążyła go uprzedzić.
- Przepraszam. - zaczęła, czego kompletnie się po niej nie spodziewał.
W geście niezrozumienia za co tak właściwie go przeprasza przechylił głowę
w bok, co przy okazji wyglądało niezmiernie uroczo.
- Nie powinnam cię tak nachodzić.
- Słucham? - zdziwiony uniósł jedną brew.
- No bo… - ze świstem wypuściła powietrze z ust - Zachowałam się jak ofiara
losu. Cholernie żałosna ofiara losu. To było okropnie głupie, żebym przez taką
błahostkę… Hej! - zaczęła się szamotać, kiedy Chen zarzucił jej koc na głowę.
Nie za wiele to dało, bo po chwili wręcz jeszcze bardziej zaplątała się w
materiale. - Jongdae… Jongdae, no!
Chen stanął za sofą i z rozbawieniem przyglądał się tym
marnym próbom wyswobodzenia spod polarowego koca. I dobrze jej tak. Niech
zrozumie jak bardzo idiotycznie brzmiały jej słowa w jego głowie. Znają się od
tylu lat, a chłopak ciągle nie potrafił przekonać Lucy, że żadne z jej zachowań
nigdy nie będzie dla niego głupie ani tym bardziej niepotrzebne. Teraz miał nadzieję, że może ta kara ją
czegoś nauczy choć tak szczerze mówiąc, niczego nie mógł być pewien.
Z zadowoleniem patrzył jak
wszystkie te heroiczne próby wyswobodzenia się Lucy spod koca spełzają na
niczym, o czym przekonał go jej poddańczy jęk. I kiedy dziewczyna już kompletnie
przestała się ruszać, Chen ledwo powstrzymując nieodpartą ochotę parsknięcia śmiechem,
powoli zdjął materiał z jej głowy.
Pierwsze co zobaczył to oczywiście morderczy wzrok przyjaciółki skierowany
w swoją stronę.
- Głupek. - walnęła go w ramię, na co uśmiechnął się do niej promiennie.
- Powiedziała roztargana kotka. - zripostował i poklepał ją po głowie. – A
co do głupot to nie ja tutaj takie wymyślam. Lucy, proszę. Nie mów już tak
więcej, bo to jedynie rani moje serce, a chyba nie chcesz żebym zszedł na
zawał. Hm? – poprosił i podał jej rękę.
- Mówisz tak za każdym razem, a jeszcze nigdy nie umarłeś. – odburknęła,
ale złapała jego dłoń wstając z sofy.
- Ciągle żyje nadzieją, że w końcu zaczniesz mnie traktować jak
przyjaciela.
- Jesteś moim przyjacielem.
- O tak? – udał zamyślenie – Po twojej wcześniejszej wypowiedzi zaczynam… -
w tym właśnie momencie po pokoju rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. -
…wątpić. – dokończył, kiedy Lucy szukała swojego telefonu.
Znalazła go pod jedną z poduszek na których dziś spali i szybko wpisała kod
zabezpieczający dostęp do telefonu. Jej źrenice rozszerzyły się ze zdziwienia,
kiedy tylko zobaczyła nadawcę wiadomości. Wahała się przez kilka sekund, zanim
drżącymi dłoń kliknęła na mrugającą kopertę. Przez ten cały czas Jongdae nie
spuszczał z niej oczu, rejestrując każdą nawet najmniejszą zmianę w wyrazie
twarzy dziewczyny. Był ciekawy kto to, ale postanowił poczekać aż Lucy na
spokojnie przeczyta smsa. Wiadomość nie była długa, bo spojrzała na niego po krótkim
czasie od znalezienia komórki, ale miał wrażenie, że jej wzrok nie wróżył nic
dobrego.
- Lucy? Co jest?
Nie odpowiedziała od razu, tylko niemo wpatrywała się w wyświetlacz. Nie
była pewna, czy słusznie będzie powiedzieć Chenowi prawdę. Jakoś nie miała
ochoty znów słyszeć jak podnosi głos, a z drugiej strony gdyby skłamała,
wyrzuty sumienia gryzły by ją do końca życia.
- Hej, słyszysz ty mnie? – wyrwał ją z zamyślenia łapiąc za ramiona – Kto
to?
- To Minwoo… - wydusiła, tym samym potwierdzając jego, jak i swoje złe
przeczucia.
- Czego chce? – warknął w jej stronę a nieprzyjemne dreszcze przebiegły
wzdłuż jej kręgosłupa.
- Przeprasza i… - zamilkła co jeszcze bardziej zaniepokoiło bruneta.
- I? – ponaglił, próbując nie myśleć o najgorszym.
- Ma nadzieję, że jeszcze spotkamy się w przyszłości. – zacytowała
przyciszonym głosem.
Przerażona, patrzyła jak mimowolnie zaciska szczęki a mięśnie jego ramion
powoli się napinają.
- Pierdolony kretyn. - prychnął z gorzkim uśmiechem – Usuń to. Teraz.
- Jongdae… - popatrzyła na niego błagalnie.
- No co? Co w tym trudnego?! – wysyczał
przez zęby, ale Lucy milczała. Czuł, jak jego cierpliwość powoli się kończy – Jeśli
ty go nie chcesz usunąć, to ja to zrobię.
Podszedł do niej wyciągając rękę w stronę telefonu. Kiedy jego dłoń
dotknęła obudowy, jak oparzona odskoczyła do tyłu.
- Nie! – wykrzyknęła, stanowczo za szybko.
Zamarła. Czy naprawdę powiedziała to na głos? Zdając sobie sprawę co
właśnie się stało, wystraszona spojrzała
na chłopaka przed sobą. Tym razem modliła się chociażby o to, żeby był zły, ale
niestety. Jego twarz byłą kompletnie wyprawna z emocji, nie wyrażała zupełnie
nic. Miał rację. Powinna go usunąć już wczoraj zanim się tutaj zjawiła. Usunąć
wiadomości, maila, numer, kompletnie
zerwać kontakt. Więc dlaczego do cholery zareagowała tak a nie inaczej? Czuła
się jak skończona idiotka.
- Jongdae, ja… - zaczęła ledwo słyszalnie robiąc krok w jego stronę, na co
zaraz się odsunął.
Zabolało.
- Zapomnij. – wyszeptał i ruszył do wyjścia z pokoju.
- Jongdae, proszę! - biegiem ruszyła za chłopakiem.
Wołała za nim przez całą długość schodów i korytarza na piętrze, ale ten
ani myślał jej odpowiadać, czy chociażby spojrzeć w jej stronę. Owszem.
Zasłużyła sobie. Swoim zachowaniem zasłużyła sobie na najgorsze traktowanie.
Mógł na nią krzyczeć, prawić kazania, obrażać się, cokolwiek. Ale nie potrafiła
znieść myśli, że się do niej nie odezwie. Ktokolwiek inny, dobra. Z bólem,
jednak przeżyłaby karę milczenia. Ale nie Chen. Nie jej Jongdae. Dla niej jego
milczenie było jak nóż w serce.
Chłopak kompletnie ignorując jej
obecność wszedł do łazienki i zaczął grzebać w szafce nad umywalką. Lucy
stanęła w drzwiach w chwili, kiedy akurat nakładał pastę do zębów na
szczoteczkę.
- Masz rację. – oznajmiła próbując nie zwracać uwagi na fakt, że ją
ignoruje - Całkowitą rację, powinnam usunąć jego numer. To wcześniej… Nie mam
pojęcia czemu to zrobiłam. Po prostu… Przepraszam. - westchnęła, bo tak
naprawdę nie miała żadnego usprawiedliwienia na swoje zachowanie. Popatrzyła na
Chena z nadzieją, że nareszcie się nie w jakikolwiek sposób zainteresuje.
Przeliczyła się, bo jedyne co zrobił to mocniej wepchnął sobie szczoteczkę do
ust i jeszcze energiczniej zaczął szorować zęby. Okej. Zrobiła źle, ale nie
popełniła takiej zbrodni by stać się niewidzialną dla jednej z najważniejszych
osób w jej życiu.
– Jongdae! Czy możesz z łaski swojej
zauważyć moją egzystencję?
Mając dość traktowania jak
powietrze, pociągnęła go za ramię tak by obrócił się w jej stronę. Chen wpierw
zerknął na dłoń Lucy wciąż zaciśniętą na jego ramieniu, żeby po chwili wbić w
nią swoje zimne spojrzenie. Stali tak w zupełnej ciszy, jedynie mierząc się
wzorkiem. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, ale żadne ani myślało opuścić
głowę. Czasem naprawdę miał ochotę wykrzyczeć Lucy w twarz, jak bardzo mu na
niej zależy. Nie rozumiał. Czy tak trudno było jej pojąć, że jest dla niego
ogromnie ważna? Że mogłaby rozpaczać nawet po stracie ulubionego
długopisu, a on nie przestałby jej wspierać? Że gdyby tylko mógł pobiegł by na
drugi koniec Korei za jej ukochanym kotem, który uciekł im z domu jeszcze kiedy
byli w gimnazjum? Może w końcu coś by do niej dotarło. Może zrozumiałaby…
Może…
Chyba właśnie nadszedł ten moment.
- Kupie się bardziej niż Iron Mana! – wykrzyczał. Szkoda tylko, że
zapomniał o szczoteczce, którą aktualnie miał w ustach.
Lucy znieruchomiała. Nie bardzo
wiedziała co na to odpowiedzieć i niekoniecznie dlatego, że słowa wywarły na
niej tak ogromne wrażenie. Wręcz przeciwnie, nic z tego nie zrozumiała. Czy
raczej zrozumiała, ale nie w tym sensie co powinna.
- Dobra. – powoli puściła jego ramię – Wiem, że chciałeś kupić bilet na
Iron Mana, ale teraz chyba nie o tym rozmawiamy. Jeśli nie miałeś ochoty mnie
wczoraj wysłuchiwać to mogłeś po prostu powiedzieć…
Chen z bezsilności uderzył się
otwartą dłonią w czoło. Serio? Czy dzisiaj wszystko musi być przeciwko niemu?
Matka natura koniecznie wymaga od niego żeby musiał to mówić? Najpierw
Chanyeol, teraz Lucy… Nie dosyć się dziś namęczył? Naprawdę nie ma dla niego
litości?
- Zakopałem się w torbie, okej? – wyrzucił tak szybko, jakby to były
ostatnie słowa w jego życiu.
Z zawziętą miną wpatrywał się w Lucy czekając aż coś odpowie, ale jedyne
czego się doczekał to pytające spojrzenie i niezrozumienie.
- Chen… Wiem, że znamy się już dość długo, ale jednak o wiele więcej
zrozumiem jeśli wyjmiesz tą szczoteczkę z ust.
- Lucy ma rację. Wyjmij to z twarzy, bo brzmisz jeszcze gorzej niż zwykle.
W tym samym momencie, kiedy po
łazience rozbrzmiał męski głos, Chen o mało co nie opluł Lucy, która sekundę
potem wpadła na kosz z ręcznikami. Z przestrachem w oczach spojrzeli w głąb
łazienki, skąd o dziwo właśnie dochodził głos. Nie bardzo wiedzieli jakim cudem
mogli nie zauważyć, że przez ten cały czas w łazience jest ktoś jeszcze prócz
nich i był to nie kto inny, jak brat Jongdae.
- Hyung?! - Chen wypluł pastę do umywalki i zwrócił się do Jongdeoka. – Co
ty tu robisz?
Starszy spojrzał na wannę, a potem z powrotem na Jongdae z politowaniem
wypisanym na twarzy.
- Myślałem braciszku, że przez tyle lat kąpieli wiesz w jakim celu używa
się wanny.
Chen wywrócił z dezaprobatą oczami.
- Daruj sobie sarkazm i wyjdź z łaski swojej.
- Tak się składa, że byłem tu przed wami i to ty… - przerwał przekręcają
głowę w stronę Lucy - A raczej wy, zakłóciliście mój spokój. Swoją drogą
ciekawa sceneria na wyznawanie miłości Dae, zaskoczyłeś mnie. – uśmiechnął się
z uznaniem i uniósł kciuk do góry przez co ochlapał kawałek podłogi przy
wannie.
Chen nie raz i nie dwa był bliski
zamordowania własnego i osobistego brata. Jongdae mógłby wymieniać jeszcze
ogrom takich sytuacji, gdzie jedyne co miał ochotę zrobić to zepchnąć brata z
balkonu. Oczywiście więzy rodzinne, czy jak każdy woli to nazwać i fakt, że gdzieś
tam w środku kochał brata (bo mimo wszystko, Chen miło wspomina niektóre
momenty spędzone razem) nie pozwalała mu tego zrobić. Jednak w tej chwili czuł,
że - małe, bo małe - ale zawsze istniejące pokłady braterskiej miłości właśnie
się wyczerpały i tylko ostatkiem sił powstrzymuje się od rzucenia na tego
szczerzącego się idiotę.
- Jongdae, to prawda?
Z głębokiej konsternacji na temat
najstraszniejszych tortur jakie Chen mógłby zadać Jongdeokowi wyrwał go głos
Lucy. Posłał mordercze spojrzenie w stronę leżącego w wannie bruneta i
przeklinając w myślach dzień, w którym nie spróbował zrzucić go pięć lat temu z
drzewa, spojrzał w jej stronę.
- Nie słuchaj go. Gada głupoty, jak zwykle zresztą.
- Ajaj, nie wolno tak kłamać Dae.
- Cicho! – wywarczał młodszy – Lucy, nie zwracaj na niego uwagi. Chodźmy
stąd.
Złapał ją za ramiona z zamiarem
wyjścia z łazienki jak najdalej od tego niszczyciela jego życia uczuciowego. Aczkolwiek
Lucy ani drgnęła, a jedynie wpatrywała się w Jongdeoka.
- Oppa, Jongdae naprawdę to powiedział? – zapytała ignorując niemą prośbę
Chena aby zaniechała jakiejkolwiek rozmowy z jego bratem. Jongdeok przez
sekundę patrzył na nią zdziwiony, a potem roześmiał się w głos.
- Serio? Nic nie zrozumiałaś? - rozbawiony potrząsnął z niedowierzaniem
głową.
- A ty niby skąd…
- Studiuję język trolli od dwudziestu lat. A ten tutaj piękny okaz właśnie
powiedział, że się w tobie zakochał. – uśmiechnął się i puścił oczko do Lucy.
Jongdeok spoglądał to na Lucy, to
na Chena nie mogąc się zdecydować czyja mina w tym momencie była zabawniejsza.
Zszokowana z otwartymi ustami brunetka, czy jego kochany braciszek gromiący go
wzrokiem.
- Jak cię dorwę… - wysyczał młodszy przez zaciśnięte zęby – Wypad stąd!
Dalej!
- Ach, młody. Normalnie to byś za taki tekst nieźle ucierpiał, ale w tej
sytuacji… - ledwo co powstrzymał ochotę parsknięcia śmiechem – W tej sytuacji
ci odpuszczę. Podaj mi ręcznik i was zostawiam, gołąbeczki.
- Nie będę ci nic podawał. – oburzył się młodszy.
- Dobra, mogę wyjść tak… - machnął lekceważąco ręką i powoli zaczął się
wynurzać z wody.
- Nie!!! – wydarł się Chen i w sekundzie zakrył oczy Lucy – Dobra! Masz już
ten głupi ręcznik.
Nogą sięgnął pralki i stopą
kopnął puchaty materiał w stronę Jongdeoka. Ten z pewnym ociąganiem i ciągle przyklejonym
uśmiechem do ust wyszedł z wanny i owinął go sobie w pasie. Chen cały ten czas
szczelnie zasłaniał oczy przyjaciółki i nie puszczał choćby na sekundę dopóki nie był pewien, że Jongdeok zniknął w
korytarzu. Dopiero gdy po domu rozniósł się dźwięk zamykanych drzwi z ciężkim
westchnieniem opuścił dłonie.
- Co za debil, idiota, kretyn… - zaczął wyliczać ze złością wrzucając
szczoteczkę do szafki.
- Jak widać to u was rodzinne. – prychnęła Lucy zakładając ręce na piersi.
Jongdae już otwierał usta żeby odpowiedzieć, ale zanim zdążył odpyskować
uderzyła go otwartą dłonią w policzek.
- Ałć! – Chen dotknął piekącego miejsca z wyrzutem patrząc na przyjaciółkę
– Za co to?
- Za kłamanie.
- Ja nie kłamałem! – zaczął oburzony, ale widząc drwiący wzrok Lucy zaraz
dodał – To było tylko zatajanie prawdy… dla własnego dobra.
Lucy znów prychnęła słysząc jego odpowiedź i równie szybko co poprzednio
uderzyła Chena, tylko tym razem w brzuch.
- Cholera, Lucy! – jęknął zginając się w pół – Jak chcesz mi dać do zrozumienia,
że jestem kretynem, to po prostu to powiedz!
- Okej. – wzruszyła ramionami i oparła się o framugę - Jesteś kretynem.
- Super. – fuknął rozmasowując sobie brzuch.
Widok skrzywionej twarzy chłopaka sprawił, że mimowolnie zachichotała. Nie
była przekonana czy to jego zbolała mina, lekko wilgotna grzywka, czy może ta
niewielka pozostałość pasty na policzku nadawała mu tyle uroku, ale uśmiech sam
wkradał się na jej usta.
- Widzę, że jesteś zadowolona ze swoich rezultatów. – zauważył wciąż
niepocieszony Jongdae.
- Nie do końca. – odparła, na co wywrócił z dezaprobatą oczami.
- Lucy, proszę…
Już miał wydać z siebie kolejny błagalny jęk. Już miał powiedzieć, żeby
skończyli. Już miał nadzieję, że wyjdą z łazienki jak gdyby nigdy nic. Że po
prostu zapomną. I będzie jak dawniej. Jak zwykle.
Miał to wszystko z siebie wyrzucić, ale słowa uwięzły mu w gardle z dwóch
powodów. Pierwszy: wcale tego nie chciał. Nie chciał zapomnieć, udawać, że nic
się nie stało i było „jak zawsze”. Chciał żeby było kompletnie „inaczej”. By
wszystko się zmieniło, nie tylko dla niego, ale i dla Lucy.
A drugi? Drugi sprawił, że pierwszy stał się w tym jednym momencie bardziej
niż realny.
Minęło zaledwie kilka sekund, ale
to wystarczyło żeby Jongdae poczuł jak już nie jeden, a oba policzki pieką go
niemiłosiernie i to bynajmniej nie od kolejnego uderzenia. Kiedy tylko odsunęła się od niego na kilka centymetrów,
spojrzał na nią z ogromnym pytaniem wymalowanym na twarzy. Tak, pytaniem. Bo
przecież niecodziennie twoja najlepsza przyjaciółka przychodzi do ciebie,
cierpiąc po innym chłopaku, a potem całuje cię w twojej własnej łazience. I to
do tego w usta. Chen naprawdę czuł się nieźle zagubiony, a już szczególnie,
kiedy na twarzy Lucy znów zagościł szeroki uśmiech.
- Teraz jestem zadowolona. – przejechała dłonią po jego policzku, czym
wywołała u niego kolejną falę zaskoczenia.
- Ja… - zaczął z lekka nieprzytomnym tonem. – Ja…
Lucy w oczekiwaniu przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, ale Chen już dawno
zapomniał co tak właściwie chciał powiedzieć. Czuł tylko, jakby gdzieś głęboko
w środku jakieś latające owady (przypuszczam, że motyle) odstawiały pokaz
akrobacji powietrznych między jego sercem a płucami, doprowadzając go tym do
szaleństwa.
- Aish! Jesteś irytująca.
Złapał jej nadgarstek i z powrotem przyciągnął do siebie tak, że wylądowali
na koszu do prania. I Lucy uśmiechnęła się przez pocałunek, a Chen usłyszał
ciche i najpiękniejsze „Do usług”, tuż przy swoich ustach.
I nawet Iron Man, nie
byłby w stanie tego zastąpić.
_____________
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz